Feeds:
Wpisy
Komentarze

Koniec lata

Powrót do rzeczywistości nie obył się bez zwrotów akcji. Chociaż przez ostatni rok T spokojnie podróżowała sama na trasie Amsterdam-Warszawa-Amsterdam, to okazało się że lot Florencja -Amsterdam już taki łatwy nie będzie. Na lotnisku stwierdzono odgórnie, że cały ostatni rok latała bezprawnie i musi mieć asystę, bo nie ukończyła 15 lat. No cóż przepisy we Włoszech jak widać nie do przejścia i do Amsterdamu doleciała prawie z tabliczką z imieniem i nazwiskiem, datą urodzenia i przestrogą dla innych nieodpowiedzialnych rodziców. Co prawda pani stewardessa, która oddawała dziecko do rąk własnych sama stwierdziła, że była to dość zabawna sytuacja i że T raczej asysty już nie potrzebuje. Tak rozpoczął się powrót do rzeczywistości z wakacji. 

Pierwszy tydzień szkoły jak w zeszłym roku przeminął na zajęciach integracyjnych ze starymi i nowymi kolegami, oraz na oswojeniu swojej nowej-starej klasy. Co roku klasy w danym roczniku się zmieniają tak, żeby była możliwa lepsza integracja nowych uczniów, których co roku jest dość sporo. 

I powiem Wam, że jakoś odetchnełąm. T zaczęła kolejny tydzień, jest zadowolona, bez napięcia, mówi że nauczyciele spoko. Zatem chwilo trwaj. 

Z rzeczy przyziemnych na balkonie rozmnożyły się nam truskawki, pomidory czerwoniutkie od słońca, pietruszka nawet nie zwiędła. Do domu kupiłyśmy wiatrak, bo w trakcie wakacji trudno było wytrzymać gorąc i tylko dzięki wiatrakowi można było przeżyć. Komary są okropne, chyba gorsze niż w Szuminie. nasze rowery cały czas stoją i nikt ich o dziwo nie ukradł w trakcie wakacji.  

Powoli w Rotterdamie czuć koniec lata. Od kilku dni raczej deszcz, a w domu kapcie i koc. T mówi, że lubi taką pogodę. No ma coś w sobie. Robimy gorącą czekoladę z bitą śmietaną, wyciągnęłyśmy nieprzemakalne spodnie na rower, znaczy zaczynamy nowy rok szkolny.

Znalazłyśmy super miejsce na wieczorne spacery i czasem sobie tam jeździmy oglądać zachód słońca, pewnie znajdziecie na zdjęciach. 

W sumie nudy. Lubimy takie nudy. 

Ps. czekamy aż wróci do nas Luna, to może nas trochę z tej nudy wyciągnie. 

Koszyki Niderlandów

Dokładnie dziś mija rok od mojej przeprowadzki do Rotterdamu. 

Nie umiem jeszcze tego wszystkiego poukładać w głowie, ile rzeczy się wydarzyło, ilu nowych ludzi poznałam. Mogę policzyć konkretnie ilu nowych rzeczy się nauczyłam i ile kosztowały moje lupy, za których sponsoring bardzo dziękuje mojej mamie, gdyż moje życie przed lupami, wydaje się być dziś bardzo odległe. Oczywiście trochę sobie żartuję, ale jeśli spojrzeć na to wszystko co się wydarzyło to naprawdę trudno ogarnąć to bez okularów. 

Po pierwsze po 38 latach spędzonych w jednym domu, musiałam znaleźć mieszkanie, które nie tylko będzie na wynajem, spełni moje oczekiwania co do lokalizacji, ale również jego właściciel z radością przyjmie informację, że zamieszka w nim pies. No i nie jakikolwiek pies tylko suka, Luna. Jeśli wiesz o czym mówię to są to kłaki non stop, darcie ryja za każdym razem jak wracam o 4.00 rano z pracy no i oczywiście wielka milość do wszystkich znajomych i nieznajomych przychodzących do naszego nowego domu. 

Jak już wygrasz konkurs na mieszkańca domu, a konkurencja jest wiadomo zażarta! Nie to, że jesteś lekarką, ba chirurżką z nieletnim dzieckiem i psem, nawet chirurżką transplantacyjną! Ważny list do pana domu jak bardzo pragniesz tego mieszkania i dlaczego akurat Ty powinnaś mieć to szczęście mieszkania w dzielnicy Charlerois, potocznie zwanej polską dzielnicą. ( raczej bycie polką w tej sytuacji, nie dodaje ci do zajebistości)

Zatem jak już dostaniesz klucze do wymarzonego M4 to muszisz zdobyć, wtargać , pozyskać wszystkie meble, żeby móc pomyśleć to jest nasz dom, nasze Koszyki Niderlandów. 

No i mamy te łóżka, fotele, nawet stół! Lampy, pościele i zastawę stołową za 5 Euro w używańcu ( co szczerze polecam!)

Mamy też widok na kościół, 15 min rowerem do szpitala i 20 min do szkoły. Nastolatka co prawda codziennie jęczy, że trzeba na tym rowerze, w deszcz i śnieg, ale widać, że nawet jej to schlebia jak ktoś po cichu zadziwi się, że taka samodzielna. 

Mamy te chwile rutyny jak pobudka o 7.00, wyjście z domu 7.40, tunel, park i szybkie dobrego dnia, już za plecami, z widokiem na pomarańczowy koszyk na rowerze. 

Dziś mija rok od kiedy mogę znów oddychać. Jechać do pracy z myślą nie co się wydarzy, a raczej  że mam zaplanowany czas (moczywiście nie zawsze). Z poczuciem, że powiem komuś dzień dobry i naprawdę to będzie dobry dzień. Z myślą, że dzień dobry oznacza pomogę Ci jak czegoś nie wiesz, pomogę Ci znależć rozwiązanie, pokażę Ci jak coś zrobić. Dobry dzień oznacza, uśmiech sekretarki, kawę ze starszym kolegą czy koleżanką, zrobienia zespolenia VCI, porty, tętnicy, dróż żółciowych. Zrobienie transplantacji nerki z czasem ciepłego niedokrwienia 18 min, utratą krwi 100ml. Dzień dobry oznacza, że instrumentariuszka powie Ci, że czas z tobą spędzony na bloku jest dobrym czasem i że ludzie lubią z Toba pracować. 

Ostatni rok to też tęknota za domem tym w Polsce, za przyjaciółmi za rodziną, za winkiem na mieście, za outdorem. Holandia jest jednak przerazająco płaska! To nowa szkoła T, wielkie wyzwanie, któremu dzielnie stawiliśmy wszyscy razem czoła, my rodzicie, rodzina a przede wszystkim T. Przez ten rok przekonałam się, że nasza córka jest nie z tej Ziemi! Jest odważna, dobra i empatyczna. To było wspaniałe, móc jej w tej drodze w tym roku towarzyszyć. Co będzie? Zobaczymy. Wiadomo że będzie najlepiej!

Więc przez lupy, które mam dzięki mojej mamie widzę dziś zespolenia które robię, widzę ile jeszcze pracy i nauki przede mną, ale mówię sobie codziennie, że to była decyzja zmieniająca wszystko. Decyzja, która daje Ci poczucie bycia sobą, codziennego budzenia się w miejscu,  w którym chcesz być. 

To niby na chwilę, szybko zleciało a jednak T ma 14 lat, Fundacja „Kobiety w chirurgii” obchodziła swoje pierwsze urodziny, Ukradziono nam 2 rowery, wybuchła wojna, benzyna droga ( dobrze, że mamy te nowe rowery), ja przeszczepiłam jako operator 16 wątrób i 35 nerek. Kto by pomyślał, że moje 40 urodziny dopiero za rok. Czyli z listy 5 letniej prawie wszystko zrealizowane. 

Czekam na następny rok, może uda się bez utraty kolejnych rowerów, czego sobie życzę ( 150 Euro piechotą nie chodzi!)

Ostatnie dni lata

Już trochę zimno wieczorami, ale nadal słońce potrafi nas zaskoczyć. Niby kupiłyśmy spodnie na deszcz, ale jeszcze ich nie wypróbowałyśmy. Pogoda chyba specjalnie, żeby przypodobać się T.

Zatem pierwszy tydzień razem za nami.

Przyleciała T i słodziak, jak można było się spodziewać. Do pełni rodziny czekamy jeszcze na Lunę, ale najważniejsze sklep z rzeczami dla psów za rogiem.

U nas w tym roku 1.09 przyszedł 2 dni wcześniej, taka wigilia nowego roku w nowej szkole( W której okazało się jednak, że nie ma mundurków, co T bardzo uszczęśliwiło)

Wszystko jest nowe. Szkoła, dom, łóżko, rowery, nowe trasy autobusowe, nowe miasto. Oswajamy powoli rzeczywistość. Powoli, bez pośpiechu, bo nie chcemy stracić najmniejszego szczegółu z tej naszej wyprawy.

Ja poznaję szpital, na szczęści dotarcie na sale operacyjną już nie stanowi wyzwania!

No i wiemy gdzie jest bardzo przyjemny park, gdzie bez żadnego zastanowienia chodzą kaczki, gęsi i czaple, które raczej otwarcie pokazują, kto tu jest intruzem.

Nasz „Nowy Świat”, chyba w porządku. Podsumowując T mówi że 8/10.

Z wizytą na bloku operacyjnym

Z wizytą na bloku operacyjnym

Cały czas szukam mieszkania. Okazało się, że przyjazd z naszą wspaniałą suczką, nie jest w smak właścicielom mieszkań, a już napewno nie tym, którzy wynajmują mieszkanie umeblowane:)

Zatem w tym tygodniu kolejna runda oglądania, co jak zapewne wiecie uwielbiam.

Poza tym trochę bez zmian. Uczę się topografii szpitala i ciągle się gdzieś gubię. 

Jestem pod wrażeniem wspaniałego bloku operacyjnego. Zachwyciły mnie szczególnie 2 rzeczy. Okna na Świat w salach operacyjnych i sklep samoobsługowy, co oznacza, że nawet jak jest środek nocy, to możesz kupić coś do jedzenia i picia.

No i chyba będę mieć niedługo świetną formę przy tym jeżdżeniu na rowerze!

W zdjęciach możecie zobaczyć jaką piękną trasą jeżdżę codziennie. Jednak trzeba się nastawić, że tylko mniejszą część roku jest taka pogoda, więc muszę kupić jakieś jesienno-zimowe wdzianko. 

Nie ma co mnożyć bytów! Dookoła Świata musi jeszcze trochę poczekać, pewnie jak Tosia będzie już sama dorosła. Wracając do meritum, przeprowadzamy się do Rotterdamu, znaczy ja i T. Ściślej ja już tu jestem, T będzie od września, jeśli przyjma ją do międzynarodowej szkoły. 

Ja zamierzam się uczyć wielu wspaniałych rzeczy, o których mam nadzieję co jakiś czas będę Wam donosić. Blog nie będzie merytoryczną podróżą po moich osiągnięciach, ani podróżą po medycznych wyzwaniach. Będzie streszczeniem naszego życia, a raczej pobieżną informacją co u nas ( no i nie wiem ile będę mogła pisać o T, bo jeszcze nie dała mi zgody)

U mnie czyli chirurżce na stażu w pięknym i nowoczesnym szpitalu w Rotterdamie, oraz o T czyli nastolatce przymuszonej przez okoliczności przyrody, oraz rodziców do przepraowadzi dla jej przyszłego dobra ( wiecie studia na Harwardzie, Oxfordzie, lub Cichanowie same sie nie zrobią).

Zatem ja i nastolatka.

Nie mamy jeszcze mieszkania, bo to jest dość zabawny temat. Musiałam na początek napisać list motywacyjny, dlaczego ktoś ma mnie wybrać a nie kogoś innego. Wiadomo, chyba że samotna matka z 14 latką i psem będzie najlepszym wyborem.

Z dobrych wiadomości mam rower! Ten środek transportu zupełnie zmienia twoje postrzeganie przemieszczania się w Holandii, gdyż jednorazowy bilet na transport miejski niezależnie od tego jak daleko jedziesz kosztuje 4€, no chyba że zorientujesz się dość wcześnie, że warto kupić kartę miejską. 

Pierwszy tydzień za mną. Wszyscy, którzy choć trochę mnie znają, wiedzą że kwestie formalne nie należą do moich ulubionych, ale tym razem z braku możliwości wykorzystania innych osób, musiałam je pozałatwiać sama. Wiecie co? Nawet się w większości udało. Zatem jeśli wszystko pójdzie dobrze od jutra sala operacyjna. 

Czyli jeśli chcesz wiedzieć co u nas, możesz śledzić tego bloga, raz na jakiś czas będziemy tu coś wrzucać, albo ja będę, jak T stanowczo i kategorycznie odmówi współpracy, co uwierzcie nie jest takie niemożliwe, bo jak zmusić do czegoś 14latkę?! Odpowiedź jest prosta, nie jest to możliwe, bo zresztą po co?

Gaga

W najnowszej Gadze można przeczytac nasz artykuł. Jak można się domyślić jest o podróżowaniu, dziecku i perspektywie z 1 metra nad ziemia. Czyli jak dostosować się do 4 latka który nagle staje się pełnoprawnym cżłonkiem wyprawy i z czego rezygnować na rzecz o wiele wazniejszych relacji.

Zapraszamy do czytania!

Slajdowiska dla dzieci

W Polsce zadomowiliśmy się już na dobre. Co oznacza że chodzimy do pracy, pierzemy rzeczy w pralce, robimy obiady, bo śniadań zwykle nie mamy czasu zjeść…Tośka ostatnio wpadła w histerię gdy okazało się że przedszkole jest zamknięte na wakacje. A w ramach wspomnień o wyprawie ostatnio pokazywaliśmy slajdy. Były to dość osobliwe pokazy gdyż oba dla dzieciaków. Pierwszy w przedszkolu u Tochy a drugi w szkole, w której uczy nasza znajoma.  W przedszkolu był0 35 dzieci w wieku 3,5-4,5 lat.  W szkole 15 dzieci w wieku 6-8 lat.

Nasze wnioski z tych spotkań są takie:

Dzieci wymagają ciągłej uwagi i interesowania ich tematem. Mają zaskakujące pytania i ich wiedza przekracza czasem naszą! Obrazki pejzaży trzeba zostawić zdecydowanie dla dorosłych a o zwierzętach o których się mówi trzeba wiedzieć dosłownie wszystko.

Była to dobra szkoła pracy z dziećmi i na pewno dobry wstęp do pokazu dla dorosłych, o którym oczywiście napiszemy jak już będzie cokolwiek na jego temat wiadomo.

Home, sweet home czyli Polska

Już od jakiegoś czasu jesteśmy w domu. Śmiesznie to brzmi dom:) Ponieważ Polska powitała nas dużą ilością spraw do pozałatwiania to kajamy się, że jeszcze nie napisaliśmy podsumowań:) Zresztą co tam podsumowania, trzeba myśleć o kolejnych wyjazdach. Więc nie odkładajcie tak zupełnie czytania bloga bo jakieś wpisy się jeszcze pojawią.

Krótkie podsumowanie jest takie – dom jest tam gdzie jest najlepiej. Nasz niezaprzeczalnie jest tu. Tu to znaczy w Kraju zimnych kwietniowych dni, padającego deszczu, świąt katolickich, dziecięcych fotelików samochodowych, kasków rowerowych i wielu innych rzeczy zapomnianych podczas podróży.

Babskie dni w Birmie.

8.03.2011 – 20.03.2011 

Michał pojechał do Yangon na medytację. My w tym czasie postanowiłyśmy jeszcze trochę pobyć w rejonie Inle Lake. To jest takie miejsce gdzie można po prostu być. Więc sobie jesteśmy. Trochę już się zaprzyjaźniłyśmy z 2 rodzinami prowadzącymi jadłodajnie. Jedni podają curry, drudzy wszystko związane z makaronem: smażony makaron, zupę z makaronem, sałatkę z makaronem… Tam gdzie jest curry Tośka ma też koleżankę. Więc sami rozumiecie, że jesteśmy tu 2-3 razy dziennie. Na początku tylko rysowały, teraz koleżanka znosi wszystkie swoje zabawki, Tośka kupuje jej kakao (w najdroższym chyba sklepie w okolicy), a wczoraj dostała razem z Nią na kolację rybę. Znaczy że już się tu zadomowiłyśmy. Zapomniałam, że jeszcze pożyczają sobie nawzajem zabawki i jak mówi Tośka: to prawda mamo że trzeba się dzielić – jednak miałaś rację.  Poza siedzeniem w knajpach czasem jeszcze jeździmy na wycieczki rowerowe. W piątek pojechałyśmy na targ oddalony o 11 km od naszego hostelu. Jak dojechałyśmy targ miał się już ku końcowi. Raczej nie należymy do rannych ptaszków. Ludzie pakowali swoje produkty do koszy, toreb i niosąc je na głowie zmierzali do łódek zacumowanych w pobliskiej zatoczce.  Większość rzeczy przywożonych na targ jest wyhodowana w wodnych ogrodach.

Wszystko dzieje się tu powoli. Ludzie codziennie wykonują swoje prace, ze spokojem, uważnie, bez zbędnego szumu. Jak by to było jakiegoś rodzaju przedstawieniem dla turystów, którzy w kilkanaście dni chcą doświadczyć wszystkiego, wszystko zobaczyć, pędząc bez zastanowienia, bez chwili przystanku.

No więc próbujemy z Tośką znaleźć trochę tego spokoju, „bezpośpiechu”.

Po targu idziemy za radą spotkanej po drodze Norweżki do knajpy na jeziorze. Na końcu pomostu wsiada się do łódki (wydrążonej z 1 kawałka drewna, raczej wyglądającej jak kajak) i przepływa na drugą stronę kanału. Restauracja budowana jest na palach, jak wszystkie domy tutaj. Widok mamy na „floating gardens”. Bardzo przyjemne miejsce na spędzenie gorącego popołudnia. Już w trakcie obiadu okazuje się, że dziś na jeziorze odbywa się festiwal! Po krótkich negocjacjach cenowych, razem ze spotkaną wcześniej Norweżką i Francuzką płyniemy łódką z restauracji (tym razem już taką z silnikiem 🙂 zobaczyć festiwal, a potem bezpośrednio do Niaungue Shwe. Na jeziorze jest zbudowana przystań, gdzie widocznie odbywają się jakieś wydarzenia. Miało się zacząć o 15. Jest 15.30 i nic się nie dzieje. Są już trzy łódki które będą brały udział w festiwalu. Pierwsza duża na ok 50 osób. Tradycyjne łódki pośrodku wzdłuż  burt mają 2 poręcze. Po każdej stronie jedną. Idea jest taka że wzdłuż każdej poręczy stoją wiosłujący nogą ludzie (najlepiej obejrzeć to na zdjęciach 🙂 Duże łódki są dla mężczyzn, a małe, ok. 20 osobowe – dla kobiet. Na przystani są przygotowane czerwone dywany oraz przystrojone na biało krzesła – nie do końca potrafiono nam wytłumaczyć dlaczego. Zaraz jednak wszystko miało się wyjaśnić. Powoli przypływają łódki – ewidentnie z włoskimi turystami mieszkającymi w jakimś resorcie. Birmańczycy przebierają się w niebieskie i pomarańczowe stroje. Okazuje się że nie jest to żaden festiwal, tylko prywatny pokaz dla jakiegoś resortu! O czym w dość nieprzyjemny sposób informuje nas  przedstawicielka biura podróży, mówiąc iż jest to jej przystań i jej łódki które kupiła (co totalnie rozwścieczyło Norweżkę!). Jednak jest już za późno żeby nas wygonić, gdyż 2 chłopaków z naszej łódki już nie ma – są na jej łódce. Dzięki temu możemy obejrzeć całe przedstawienie. Najpiękniejsze i najbardziej warte uwagi były wyścigi łódek. Jest w tym coś podobnego do wyścigów wioślarskich z Oxford lub Cambridge. Po ok godzinie wracamy do miasta. Po drodze w zachodzącym już słońcu mijamy rybaków, ludzi wracających na łodziach do domów, turystów płynących obejrzeć zachód. Dobre zakończenie dnia.

Poza rutynowymi działaniami – raz na jakiś czas robimy sobie jakiś „ekstrawagancki” wypad. Tym razem ja byłam u fryzjera (bo Tośka była, jak zwykle, u fryzjera matki), gdyż jeszcze nie posiadam umiejętności samostrzyżenia. Wieczorem odwiedziłyśmy teatr lalek (Puppet Show). Tradycyjny birmański teatr, trochę niedoceniany przez tubylców i chyba trochę zapomniany – z naszej perspektywy warty odwiedzenia! Po Mandalay, gdzie wybrałyśmy się do teatru z prawdziwymi aktorami, było to drugie równie dobre doświadczenie. Lalki jakby nagle zyskiwały własne życie. Poruszają się w rytm muzyki, swoimi ruchami pokazują wszystkie emocje których oczekiwali byśmy od prawdziwych aktorów. Tośka była zachwycona i ja też.

Chang Mai

25.02-28.02.2012 

W Bangkoku zostawiamy paszporty w ambasadzie Myanmaru. Zrobienie wizy trwa 3 dni robocze. Co oznacza że nasze będą gotowe w poniedziałek. (Można zrobić wizę w trybie ekspress. Oznacza to jeden dzień, 2 wizyty w ambasadzie oraz wydane 100 USD) Kiedyś wizy można było wyrobić przez agencje turystyczne. Od jakiegoś czasu turyści muszą pojawić się w ambasadzie osobiście. Nie chcemy siedzieć kolejnych dni w BKK, tę przyjemność zostawiamy sobie na ostatnie dni naszej podróży. Postanawiamy natomiast pojechać na północ do Chiang Mai – dawnej stolicy Tajlandii. Turystycznie słynie ona głównie z tras trekkingowych, jazdy na słoniach, Long Neck Village, świątyń, wyrobów z laki i rękodzieła plemienia Chmongów. Do Chang Mai można się dostać na kilka sposobów. Najbardziej popularny to nocny pociąg. Jak wiadomo Tosin jest zagorzałym fanem kolei, więc zdecydowanie wybieramy tę opcję. Niestety na 24.02 wszystkie bilety zostały już wyprzedane, decydujemy się w takim razie na 25.02 na pociąg o 17.50. Znów okazuje się, że najlepsze rzeczy zdarzają się nam w zupełnie nieoczekiwanych momentach. Jazda kuszetką była dla Tośki takim przeżyciem, że nie mogła zasnąć do jedenastej wieczorem. Chodziła w tę i z powrotem z góry na dół, zasłaniała zasłony, piszczała ze szczęścia itd. Jeżeli chodzi o nas to może nie było to aż tak fascynujące, trzeba przyznać że noc w kuszetce to zupełnie inny komfort niż noc w autobusie!.

Pociąg przyjechał do stacji docelowej 2 godziny po czasie. Według konduktora to standardowe spóźnienie, które ma miejsce codziennieJ

Na stacji szukamy jakiegoś transportu do naszego hostelu. Łapiemy tuk-tuka. Tym razem nie jest to jednak zwykły tuk-tuk. Jego kierowca jest dość specyficzny, wygląda trochę jak z azjatyckich filmów akcji z Brusem Lee. Dodatkowo jeździ z nim mały, biały pekińczyk.  Dość oryginalne połączenie. Resztę dnia spędzamy na leniuchowaniu. Idziemy jedynie na spacer po okolicy gdzie trafiamy na niedzielny market. W części z jedzeniem znajdujemy mini bar sushi. Jeden kawałek za 50 groszy – objadamy się nieprzytomnie, Tośka zjada wszystkie kawałki łososia twierdząc że tego właśnie potrzebuje jej brzuszek. Chodzimy trochę po okolicy, odwiedzamy sklep z jedwabiem i wracamy.  Następnego dnia robimy wycieczkę po okolicy.  Po nowo zdobytych doświadczeniach z Kambodży słonie tym razem odpuszczamy.  Jedziemy z naszym magicznym panem tuk-tukowcem do 4 miejsc: Long Neck Village, farmy krokodyli, farmy orchidei i motyli oraz do wioski parasolek.

Long Neck Village – no cóż jest to miejsce super turystyczne. Za wejście do wioski płaci się 500 Bth (ok 50zł)! Wioska składa się z jednej drogi wokół której rozstawione są stragany z rękodziełem. Domy stoją trochę powyżej.  Sprzedającymi są kobiety z tradycyjnie założonymi wokół szyi metalowymi obręczami.  Widać również dziewczynki – niektóre już bez obręczy.  Doświadczenie raczej jedno ze słabszych.

Farma krokodyli – tu coś musi napisać Michał bo ja z nimi nie weszłam. Po pierwsze bilet to kolejne 300 Bth, a po drugie wydaje mi się to jednak dość okrutne – tresowanie krokodyli! Niestety nasza córka ostatnimi czasy pała wielką miłością do krokodyli i nie mogliśmy sobie tego punktu wycieczki odmówić.

Farma orchidei i motyli. Tysiące kwiatów, przeróżnych barw zwisające wzdłuż ścieżek po których wolno chodzić. Trochę jak zaczarowany ogród. Motyle zamknięte w jednym pomieszczeniu wysokim na 5 metrów, obudowanym siatką. Różne motyle, w różnych stadiach rozwoju. Interesujące jest do czego używa się kwiatów orchidei oraz skrzydeł nieżywych motyli.  Do wyrobu biżuterii! Zalewa się je laką oraz oprawia w 24 karatowe złoto – pomysł oryginalny i dość zaskakujący, przynajmniej dla mnie.

Umbrella village (wioska parasolek). Parasolki w kulturze azjatyckiej są dość powszechne. Jednak nie takie o których zwykle myślimy my Europejczycy. Tu parasole są głównie używane jako ochrona przed słońcem.  Im masz jaśniejszą skórę tym jesteś piękniejszy. Wybielanie skóry , oraz kosmetyki wybielające są w Azji ogólnie stosowane. (Wszystkie kosmetyki od żelu pod prysznic po dezodorant mają etykietki „whitening”). Wioska parasolek to właściwie miasteczko w którym od wieków na skale przemysłową wyrabia się ręcznie malowane parasolki. Z papieru, bawełny, poliestru. Od malutkich dla lalek, po wielkie parasole ogrodowe, oraz takie używane w świątyniach. W rozmaitych kolorach i kształtach. Komercyjnie , ale ciekawie.

Wieczorem jeszcze idziemy na nocny market, gdzie nieoczekiwanie okazuje się że jest tam kilkanaście restauracji ze świeżymi owocami morza. Na koniec pobytu w Chiang Mai mamy pyszną ucztę. Tośka zjada sama całego kraba, my wybieramy małego homara.

Ostatniego dnia chcemy zobaczyć trochę starego miasta. Idziemy do najważniejszych Watów, chodzimy małymi uliczkami, bardzo spokojnie. Jest w tym mieście coś takiego co powoduje że chcesz tu zostać na dłużej. Niestety nie tym razem. Tym razem wsiadamy do pociągu i wracamy do BKK. Tośka znów oszalała ze szczęścia. Należy dodać, że jedziemy pierwszą klasą. Druga była już prawie cała wykupiona. Zostały tylko miejsca na górze, na których jak poinformował nas konduktor nie mogą przebywać dzieci.